Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
197 postów 2295 komentarzy

Społeczeństwo inwestorów

Andrzej Madej - Od urodzenia praktyk przedsiębiorczości.

Nie banderowska Ukraina (20)

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Polska wrażliwość obejmuje kulturą pamięci nie tylko stosunek do ludzi ale i do naszych braci mniejszych.

Mój dobry znajmy (A) poprosił mnie o opublikowanie opisu postawy banderowców z powojennych bojówek oddziałów OUN-UPA wobec psów. Tekst powstał na marginesie przygotowywanej polemiki z Arkadiuszem Karbowiakiem, piszącym o "mordowaniu" przez żołnierzy LWP "partyzantów" napadających na Birczę.

 

Smutny los banderowskich psów
   
Raz po raz zdarza się nam spotykać (w Polsce!) z określaniem członków zbrodniczej bojówki partii OUN (b) – UPA – jako partyzantów. Ostatnio zrobił to pan Arkadiusz Karbowiak na łamach miesięcznika „Historia Do Rzeczy”. W związku z tym warto może przypomnieć, jakimi ludźmi byli banderowcy. Ktoś powiedział, że miarą człowieczeństwa jest stosunek do zwierząt.
 
Ta historia o banderowskich psach pojawiła się przypadkowo, na marginesie śledztwa historycznego w sprawie zamordowania przez Służbę Bezpieczeństwa OUN-UPA szesnaściorga Żydów (w tym większość kobiet) i dwóch komunistów w Słowacji w listopadzie i grudniu 1945 r., a więc pół roku po zakończeniu II wojny światowej. Były to trzy morderstwa indywidualne i dwie masakry zbiorowe – najbardziej krwawa banderowska rzeź (w znaczeniu dosłownym) miała miejsce w nocy z 6 na 7 grudnia 1945 r. w Kolbasovie, gdzie świadkowie zobaczyli krew jedenastu ofiar przelewającą się przez próg domu na zewnątrz.
 
Okrutni banderowscy mordercy przybyli z polskiej części Bieszczad, gdzie odgrywali rolę powstańców, partyzantów, obrońców Łemków, a w rzeczywistości, jako bojówkarze jednej szowinistycznej partii politycznej, terroryzowali Łemków i Bojków. To temat na odrębną opowieść.
 
Banderowskie sprawstwo mordu nie podlega najmniejszej wątpliwości. Część dowodów została opublikowana na Słowacji, gdzie banderowski dowódca wspaniałomyślnie ofiarował biednej wdowie krowę należącą do zamordowanego przez UPA Żyda (czyli dokonał faktycznej aryzacji mienia żydowskiego!) Najważniejszy dowód znajduje się w archiwum w Izraelu, jest to relacja naocznego świadka masakry w Kolbasovie.
 
Obecnie znamy już kilka pseudonimów banderowskich morderców, a nawet nazwisko ich herszta – byłego oficera SS „Galizien” (Wołodymyr Czarski Chomyn, ps. „Berkut”.)
 
O ile mordowanie „wrogów” nie było potępiane przez kierownictwo OUN-UPA, to przywłaszczanie sobie ich rzeczy – już tak. Mienie ofiar w teorii i praktyce OUN stanowiło „własność organizacyjną”, banderowiec ściągający spódnicę czy bluzkę z zamordowanej Żydówki okradał... OUN-UPA!
 
Właśnie dlatego powstał, i na szczęście zachował się, banderowski dokument w języku ukraińskim wskazujący na ludzi, którzy przywłaszczyli sobie pochodzące ze Słowacji pieniądze i odzież, mienie „organizacyjne” po zamordowanych Żydówkach, gdyż OUN-UPA uważała się za legalnego spadkobiercę swoich ofiar. Jakie świadectwo wystawia sobie człowiek nazywający takich bandytów żołnierzami lub partyzantami?
 
Ale miało być o banderowskich psach. Otóż sotnia UPA 6.12.1945 r. osłaniająca działania bojówki SB OUN „Berkuta” i „Dubowego” w słowackiej wsi Ulicz (tam zamordowano czworo Żydów, w tym trzy kobiety) prowadziła z sobą czarnego psa wilczura. Tak zanotowali w swoich dokumentach Słowacy.
 
Podążając „psim tropem” udało się ustalić, że komendant Żandarmerii Polowej w sotni „Chrina” o pseudonimie „Hrim” – cytując zeznania jednego z jeńców z tej sotni – „chodził zawsze z psem owczarkiem”.
 
Zostało udowodnione ze stuprocentową pewnością, że taki osobnik w tym czasie – listopad i grudzień 1945 r. – w sotni „Chrina” służył. A także potem. To on brał udział w przesłuchiwaniu i rozstrzelaniu kilkudziesięciu polskich żołnierzy w Jasielu. To on powiesił i rozstrzelał wielu Łemków dezerterujących lub odmawiających wstąpienia do UPA.
 
Późnym latem 1946 r. przeniósł się do sotni „Brodycza”. Nie będę wymieniał wszystkich jego zbrodni, tylko ważniejsze. W czerwcu 1947 r. w Słowacji udusił dwóch rozbrojonych, a więc bezbronnych, słowackich strażników granicznych – Jozefa Pavlíka i Štefana Ondrejčáka. Trzeciemu – Ľudovítovi Halkovičovi – udało się uciec.
 
„Hrim” na miesiąc przed swoją własną dezercją z UPA udusił jednego z Łemków, który chciał odejść z sotni do domu. Wszyscy pozostali Łemkowie zostali zmuszeni do oglądania zwłok – ku przestrodze.
 
„Hrim” wraz z kilkoma innymi banderowcami prawdopodobnie dotarł, idąc przez Czechosłowację, na Zachód do amerykańskiej strefy okupacyjnej, gdyż towarzyszący mu przy dezercji banderowiec „Jaszczurka” faktycznie tam był widziany. Jednego z banderowców, któremu to się nie udało, Słowacy pytali, kto w sotni „Brodycza” miał wielkiego psa, i czy była z nimi kobieta o pseudonimie „Nadia”. Zachodzi przypuszczenie, że o „Nadii” i wielkim psie w bandzie UPA zeznał cudem ocalony strażnik słowacki Ľudovít Halkovič, gdyż w grupie mordującej jego kolegów „Nadia” (Melania Witiak) rzeczywiście była. Trwają poszukiwania słowackiego dokumentu archiwalnego zawierającego to zeznanie.
 
„Hrim” zdezerterował z UPA w lipcu 1947 r. Chociaż banderowcy poruszali się głównie nocą, to już 26.07.1947 r. Słowacy zaobserwowali przemieszczającą się przez ich terytorium w kierunku na południowy zachód grupę banderowców, prowadzącą ze sobą – cytuję – „czarnego psa wilczura”. Ponownie widziano takiego samego psa z banderowcami 7.08.1947 r. wiele kilometrów dalej na zachód. „Hrim” bez litości dusił niewinnych ludzi, ale swego przyjaciela najwyraźniej nie porzucił.
 
W tej historii pojawia się jeszcze jeden pies, należący do słowackiej żandarmerii. W nocy z 29 na 30.09.1947 w hotelu „Baron” na Białym Krzyżu (na Bílém Kříži) banderowska grupa licząca 9 osób zabiła jednego i ciężko zraniła dwóch żandarmów czechosłowackich, oraz zabrała przy tym dużego psa wilczura. Prowadziła go ze sobą przez około dwóch tygodni. Potem „Dorosz”, Petro Hnatiuk, uśmiercił psa, chociaż ten w międzyczasie przywiązał się do niego i uznał za swego pana. Zrobił to w następujący sposób. Do mocno przygiętego młodego, ale wystarczająco dużego drzewka przywiązał smycz, a jej drugi koniec w kształcie pętli zacisnął na szyi psa. Następnie zwolnił przygięte drzewko, co spowodowało śmierć zwierzęcia.
 
Uzasadnieniem tego bestialskiego czynu była możliwość zdradzenia (przez szczekanie) obecności banderowców i w efekcie schwytania. Czy naprawdę musieli tak postąpić? Mogli przecież zostawić psa uwiązanego przy jakimś gospodarstwie lub przy drodze, mogli oddać w dobre ręce przy proszeniu o żywność, co czynili wiele razy.
 
Sierpniowej nocy w 1943 roku w Mohylnie na Wołyniu kilkunastoletnią wtedy Jadwigę Mroziuk obudził przerażający krzyk ćwiartowanej żywcem polskiej rodziny. Banderowscy kaci małżeństwu i dzieciom obcinali ręce i nogi, a potem pozostawili na powolne konanie w mękach. Jadwiga wraz z wieloma innymi uciekinierami z tej i innych eksterminowanych polskich wsi schroniła się w podmokłych zaroślach. Ukrainiec Fiodor Krawczuk przyniósł im coś do jedzenia. Z nim przybiegł pies. Ten Ukrainiec chciał uratować Polaków i zaprowadzić ich do miasta Włodzimierza Wołyńskiego. Banderowcy polowali na uciekających Polaków, a pies mógł zdradzić ich obecność. W tej sytuacji odbyła się dramatyczna narada, podczas której rozstrzygał się los psa.
 
Oto fragment wspomnień Jadwigi Kozioł, z domu Mroziuk:
 
Aby uratować życie, musieliśmy iść nocą. Powstał problem, co zrobić z psem, przecież w przypadku natknięcia się na morderców zdradzi naszą obecność szczekaniem. Proponowano, aby uwiązać go w krzakach. Sprzeciwiłam się mówiąc, że Bóg nas ukarze, gdyż pies zginie z głodu i pragnienia. Więc mimo grozy położenia Fiodor odprowadził psa do domu i tam uwiązał, a do nas wrócił ponownie uzbrojony w siekierę.
 

Różnica jest uderzająca. Na Wołyniu ludzie byli zagrożeni śmiercią w męczarniach – ale nikt nie zaproponował zabicia psa. W Słowacji schwytani banderowcy byli odstawiani do aresztów, ranni i chorzy do szpitali, większość (około 60 %) po wydaniu Polsce została skazana na 15 do 25 lat więzienia, ale już w latach pięćdziesiątych znalazła się na wolności. 

 

Oto co wiadomo o psach owczarkach w OUN-UPA. Według Romana Szczura Michel Gradelono trzymał w obozie UPA wyszkolonego psa – owczarka o imieniu „Luks”, w razie potrzeby pełnił służbę i wartownika, i zwiadowcy. W zimie 1944/1945 w obozie kurenia UPA „Bojky” znajdował się co najmniej jeden wyszkolony pies rasy owczarek alzacki o imieniu „Luks”.

 

Dzięki „Kłymence” (Danyło Mirszuk) wiemy o psie wilczurze zdobytym w zasadzce na MBG pod górą Jeseniw pomiędzy wsiami Długie i Sopot 28 listopada 1944 r. Był to szary owczarek alzacki, „Kłymenko” zabierając go do obozu UPA dał mu imię „Dżulbars”. 

Komandyr TW „Makiwka” Dmytro Witowski „Zmijuka” miał dwa psy „Stalin” i „Hitler”. Komandyr kurenia „Hajdamaky” Dmytro Hach – „Skuba” wziął sobie owczarka, którego nazwał „Stalin”.

 

Późnym latem 1945 r. w granice polskie w Bieszczadach w drodze na Słowację wkroczył kureń „Pruta”. W dniu 7.09.1945 r. rodzina Łemka Andrija Jurczaka z Kalnicy została sterroryzowana i pobita przez banderowców „Pimstę” i „Marka”, wspierały ich w tym aż trzy psy, które szarpały zębami lamentujące łemkowskie kobiety.

W dniach 11-15 lipca 1944 r. obrady UHWR we wsi Sprynia na Samborszczyźnie ochraniały sotnie „Surma”, „Buława”, „Lwy”, „Junacka” i kilka mniejszych bojówek OUN. Tak więc jeden z dwóch owczarków alzackich, ten czarny, znany z fotografii przypisywanej dwóm rojom sotni „Lwy”, prawdopodobnie zawędrował z jedną z dwóch pierwszych sotni na Łemkowszczyznę. Na fotografii z czarnym psem wraz z częścią sotni „Lwy” znajduje się podobno okręgowy prowidnyk OUN Bohdan Kuźma „Borys”.

 

Psi morderca „Dorosz”, Petro Hnatiuk, mieszkał w USA nie nagabywany o swoją mroczną przeszłość aż do 2004 r., czyli do swej własnej śmierci. 

Być może bezlitosny morderca dezerterujących Łemków „Hrim” pozostał wiernym przyjacielem swego psa do naturalnego końca jego życia, ale w jego wypadku bardzo trudno mówić o człowieczeństwie.

 

 

Ku dobrej pamięci

 

Zdaniem Wołodymyra Wiatrowycza obaj są bohaterami i wzorami do naśladowania dla ukraińskiej młodzieży.

 

Pan Arkadiusz Karbowiak chce widzieć w nich partyzantów walczących z komunistami. Dlaczego nie chce pamiętać o ich udziale w Holokauście ?

 

Jeśli uznać za wiarygodne dane statystyczne opublikowane przez samych nacjonalistów (w Litopysie UPA nr 33 na stronie 742-745) z kursu szkoły podoficerskiej UPA na tzw. Zakerzoniu w lecie 1946 roku, to aż 63 % kadr podoficerskich tych „partyzantów” stanowili nazistowscy kolaboranci.

(A)

 

 

KOMENTARZE

  • @
    Tu jest Wrocław, tu się mówi po ukraińsku

    https://pl.sputniknews.com/polska/201706135660718-Sputnik-Polska-Wroclaw-Ukraincy/
  • @ewinia 11:16:10
    Moja śp. mama mieszkała na Podolu i tam też często mówiło się po Ukraińsku. A w czasach II Wojny, Polacy uciekali przed banderowcami z "naszego" zachodniego, na "postsowiecki" wschodni brzeg Zbrucza. Ratując się tam u Ukraińców.

    Główny problem pogarszania się relacji Polsko - Ukraińskich widzę w głupocie naszych elit, forsujących w XXI wieku politykę wschodnią rytu krzyżackiego.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930